Spotkałam przyjaznych Rumunów – Okiem Doroty

Spotkałam przyjaznych Rumunów

    W 2007 roku zaplanowałam rodzinny urlop z mężem i dwójką dzieci w Bułgarii. Dojazd własnym samochodem. Przejeżdżając przez Rumunię, planowałam zobaczyć kilka atrakcji tego pięknego kraju. Dlatego jadąc i wracając z Bułgarii, miałam zamiar po jednej nocy spędzić na terenie państwa należącego od stycznia 2007 roku do Unii Europejskiej. Nie wybrałam konkretnych miejsc do spania. Wiedziałam, że na miejscu będziemy szukali przydrożnych moteli. Opowiadając znajomym o planach wakacyjnych, wielu z nich odradzało mi   Rumunię,  argumentując,  że jest  tam niebezpiecznie.  Moje  odczucia  były  zupełnie  inne,   spotkałam się z wielką życzliwością ze strony Rumunów. Przez cztery dni drogi, przez ten kraj, trzykrotnie natrafiłam na pomocnych, życzliwych i bezinteresownych  Rumunów. Ale zacznę od początku.

1.W jednym z rumuńskich miast (nie pamiętam teraz nazwy) zatrzymaliśmy się na parkingu w celu zwiedzania starówki. Jak wysiadaliśmy z samochodu podszedł do nas Rumun, łamaną polszczyzną zapytał, z której części Polski przyjechaliśmy. Powiedział, że mieszkał kiedyś w naszej ojczyźnie. Zapytał też co planujemy teraz robić. Gdy dowiedział się, że chcemy zwiedzić miasto, poinformował, że należy kupić bilet parkingowy. Zaprowadził mnie do pobliskiego kiosku i zamówił bilet. Już bez narażania się na mandat za nieopłacenie miejsca parkingowego mogliśmy spokojnie ruszyć na zwiedzanie miasta.

2.Przygotowując się do wyjazdu, przeczytałam w przewodniku Pascala, że jednym z eksponatów Muzeum Etnograficznego Franza Bindera w Sybinie jest egipska mumia sprzed 2,5 tys. lat. Od razu pomyślałam, że warto byłoby ją zobaczyć. Bilet wstępu kosztował 0,50 euro. W przewodniku Pascala napisano, że muzeum czynne jest codziennie. Na miejscu okazało się, że tego dnia gdy byliśmy w  Sybinie, niestety,  było zamknięte. Rozmawiając z pracownikiem muzeum, powołałam się na informacje zawarte w przewodniku i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu i radości, pozwolono nam (4 osobom) zwiedzić muzeum. Włączono oświetlenia, otworzono kolejne sale, nawet opowiedziano nam kilka słów o eksponatach. Przemiła pracownica muzeum stwierdziła, że skoro jest taka informacja w przewodniku, to jest zobowiązana udostępnić nam je do zwiedzania. Na koniec stwierdziła, że zadzwoni do wydawnictwa i sprostuje błędną informację.

3. W drodze powrotnej zamierzałam minąć Bukareszt i znaleźć nocleg w motelu za miastem, aby kolejnego dnia nie tracić już czasu w korkach na obwodnicy stolicy. W planach nie mieliśmy wjazdu do Bukaresztu. Niestety przegapiłam zjazd na obwodnicę. Po chwili zorientowałam się, że niestety, wjeżdżamy do miasta. Po pewnym czasie usłyszałam pytanie męża kierującego samochodem – „Czy w Milanówku są tramwaje? Bo tu jeżdżą” W ten sposób, dawał  mi  do  zrozumienia,  że  jedziemy  niezgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Sam przejazd przez stolicę nie byłby kłopotem. Jedynym problemem był brak planu miasta, czyli czekało mnie pilotowanie na „czuja”. Spojrzałam jeszcze raz na mapę Rumunii, aby zobaczyć gdzie leży miasto, na które się kierujemy. Po kilkunastu minutach jazdy, a na dworze robiło się już szaro, poprosiłam męża o zatrzymanie samochodu. Nie było jednak żadnego parkingu. Ledwie zdążyliśmy zjechać na miejsce, gdzie nie można było się zatrzymywać, podjechali do nas rumuńscy stróże prawa. Ja zadowolona, że na pewno poinstruują nas jak jechać, podeszłam do nich. Niestety nie znali żadnego innego języka niż rumuński, postanowili więc  poprosić  o  pomoc koleżankę, która mówiła  po  angielsku.  Skontaktowali  się  z nią i poprosili o przyjazd. Po kilkunastu minutach pojawiła się policjantka. Niestety, widocznie znała inny angielski niż my. Nie mogliśmy się porozumieć. I cóż, nadal byliśmy w punkcie wyjścia. Wpadłam na pomysł, aby pokazać  mapę Rumunii i wskazać nazwę miasta, na  które  się kierujemy. Poszłam do  samochodu  po  mapę,  a  gdy  policjanci zauważyli mnie z nią w ręku,  na ich twarzach pojawił się wyraz ulgi i uśmiechy. Byli pewni, że idę do nich z planem miasta. Mina policjantów była bezcenna jak zorientowali się, co im niosę. I dalej staliśmy w punkcie wyjścia. Wreszcie policjanci pokazali nam ruchem ręki, byśmy jechali za nimi.  Włączyli  koguta  i  pilotowali nas  do  znaku  wskazującego  nazwę  miejscowości.  Na koniec pomachali nam ręką i odjechali, a my ruszyliśmy w dalszą drogę. Wtedy  dumnie powiedziałam mężowi, „Przecież Ci mówiłam, że szybko miniemy Bukareszt”.

  Przejeżdżając przez Rumunię czułam się bezpiecznie. Zaskoczona też byłam bardzo pozytywnie przychylnością mieszkańców tego kraju. Cieszę się, że postanowiliśmy robić noclegi w Rumunii, aby chociaż trochę czasu poświęcić na jej zwiedzanie. Czy Wy też mieliście okazję spotkać przyjaznych Rumunów?

Dodaj komentarz