Rejs po zatoce Ha Long Bay

Zatoka Ha Long Bay, czyli zatoka Lądującego Smoka, znajduje się w północnej części Wietnamu, w pobliżu miasta Ha Long. Co świadczy o pięknie tego miejsca? Większe i mniejsze wysepki wyrastające z morza, których naliczono 1969. Jest to znacząca liczba dla Wietnamczyków, w 1969 roku zmarł wielki przywódca ich państwa, Ho Chi Minh, walczący o niepodległość Wietnamu i czczony do dnia dzisiejszego. Zatoka Ha Long Bay w roku 1994 została wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Po całodniowym, nieco męczącym zwiedzaniu Hanoi, wyruszyliśmy z lokalnym organizatorem wycieczek na rejs po zatoce Ha Long Bay. To był zdecydowanie lżejszy dzień niż poprzedni. Jeszcze będąc w Polsce poprosiliśmy pracowników hotelu o pomoc w organizacji wyjazdu. Głównym powodem wczesnego planowania rejsu, było święto Tet i związana z nim mniejsza liczba wycieczek organizowanych z Hanoi. Mailowo ustaliliśmy dzień wyjazdu i program wycieczki. Z Hanoi do zatoki jest około 170 km, 2,5 godziny jazdy autostradą, lub 4 godziny jeżeli wybiera się boczne drogi. Oczywiście cena wyjazdu zależała  też od rodzaju drogi. My wybraliśmy dłuższą tańszą trasę, bocznymi drogami, bo mieliśmy pokonywać ją tylko w jedną stronę. Jak się później okazało wystąpiło nieporozumienie, pracownik hotelu zarezerwował nam wycieczkę na inny dzień, po wyjaśnieniu błędu zaproponowano nam w ramach rekompensaty podróż szybszą trasą. Zabraliśmy plecaki  i o 8:45, godzinę później niż według wcześniejszej umowy, rozpoczęła się nasza przygoda nad Zatoką Smoka. Jadąc do portu mijaliśmy liczne pola ryżowe i uprawy bananowców.

Około 11:30 dojechaliśmy na duży parking przed budynkiem międzynarodowego portu, z którego wypływają łodzie na rejsy po zatoce Ha Long Bay.

Po rejsie, jeden dzień postanowiliśmy pozostać w mieście Ha Long. W pierwotnej wersji mieliśmy w planie Cat Ba i rejs promem do Haiphong, skąd lecieliśmy do Da Nang. Ze względu na święto Tet musieliśmy to zweryfikować, dlatego padło na Ha Long.

Rejs po zatoce Ha Long Bay

Otrzymaliśmy bilety, których musieliśmy pilnować, były sprawdzane trzykrotnie podczas rejsu. Po raz pierwszy biletu wymagano od nas przy wejściu na teren portu. Po minięciu poczekalni z kasami biletowymi i sklepów z pamiątkami doszliśmy do przystani, gdzie stało bardzo dużo łodzi wycieczkowych.

Jak się dowiedzieliśmy, ruch był mniejszy niż w zwykłe, robocze dni. Pływaliśmy w wietnamskie święto – podobnie jakbyśmy w Polsce zorganizowali sobie rejs w Sylwestra. Nasza trzydziestosześcioosobowa grupa sprawnie wsiadła na stateczek i ruszyliśmy w morze. Zajęliśmy miejsca przy sześcioosobowych stołach i od razu zaserwowano nam smaczny posiłek. Najedliśmy się do syta. W menu były przepyszne sajgonki, ryż, owoce morza, kurczak w warzywach, krewetki, mięso w panierce, rolada z jajek i kawałek arbuza. Picie trzeba było sobie dokupić, nie obejmował go koszt wycieczki. Jeśli ktoś nie jada mięsa, była możliwość wyboru dania wegetariańskiego.  Bardzo szybko z wody wyłaniały się kolejne skały. Widok nie był tak spektakularny jak na zdjęciach, które widziałam w Internecie. Krajobraz wyglądał, szaro a jednocześnie tajemniczo, gdy kolejne otulone mgłą wapienne ostańce ukazywały  się w oddali. To też miało swój urok.

Z czasem robiła się coraz lepsza przejrzystość powietrza i skały nabierały kolorów.

Na wielu z nich widać było ślady po erozji, oraz że poziom wody w zatoce  zmienia się w przeciągu roku. Nasz przewodnik zwrócił uwagę na skałę, która widnieje na banknocie 200 000 dongów.

Sung Sot, Jaskinia Niespodzianek

Statek przybił do pomostu na wyspie Bo Hon, a my wspięliśmy się po schodach prowadzących do wejścia jaskini. Jeszcze przed wejściem do wnętrza skały, warto popatrzeć na zatokę i przez krótką chwilę podziwiać jej piękno.

Jaskinie przechodziliśmy we własnym tempie po wygodnych kładkach, pokonując kolejne schody. Wnętrze pieczary było dobrze oświetlone, a jej wielkość robiła wrażenie.

Na ścianach widzieliśmy tysiącletnie ślady wpływu morza na tworzenie jaskini. Na  sufitach dopatrzyliśmy się przeróżnych żłobień.

Do jaskini wchodzi się po schodach i o dziwo, wychodzi się też po schodach wiodących w górę. Przy wyjściu znajdował się kolejny punkt widokowy na zatokę i wyspy mieniące się już kolorami. W południe okoliczne wysepki wyglądały zupełnie inaczej niż rano.

Nasz stateczek  czekał na nas w innym miejscu. Pamiętajcie, wchodzi się i wychodzi w różnych punktach. Jeżeli ktoś ma kłopot i nie może pokonywać schodów powinien pozostać na statku.

Hang Luon i pływanie kajakiem lub kilkunastoosobową,
bambusową łodzią

W tym miejscu czekało nas króciutkie przepłynięcie przez wnękę w skale i wpłynięcie go jaskini Hang Luon, czyli na niewielkiego akwenu otoczonego ze wszystkich stron ostańcami. Na brzegu, tuż przy wodzie siedziały małpki, inne skakały po drzewach.

Niewielki port na kolejnej wyspie był następnym miejscem, w którym wymagano pokazania biletu. Na pływanie wybraliśmy łódeczkę i po włożeniu kamizelek ratunkowych, zajęliśmy swoje miejsce w bambusowej łodzi ze sternikiem i wioślarzem w jednej osobie. Mieliśmy wolne ręce, mogliśmy robić zdjęcia. Tu pływa bardzo dużo łodzi i kajaków. Moja rada, jeżeli nie macie umiejętności w sterowaniu kajakiem, odpuśćcie sobie taką atrakcję. Widzieliśmy osoby, które obijały się kajakami o większe od nich łodzie i o pobliskie skały.

Titop Island

Ostatni punkt programu to godzinny postój na wyspie, która nazwana została na cześć radzieckiego kosmonauty, Giermana Titowa. Kosmonauta ten, jako pierwszy, przebywał na orbicie całą dobę. Podczas pobytu w Wietnamie, odwiedził zatokę Ha Long Bay w towarzystwie Ho Chi Minha. Obecnie, po wyjściu z portu i przejściu w stronę plaży przechodzi  się obok pomnika kosmonauty.

W zależności od pogody istnieje możliwość plażowania i kąpieli. Dla przypływających tu turystów przygotowano  piaszczystą plażę i wydzielono kąpielisko. Duża liczba statków pływających po zatoce jakoś nie zachęcała do pływania w morzu. Za dodatkową opłatę można wynająć leżak.

Ci, którzy chcieli spędzić aktywnie czas, mogli po 450 stopniach wspiąć się na punkt widokowy. Wejście zajmuje ok. 10 minut, podobnie jak zejście. Przy plaży działa kilka punktów gastronomicznych, gdzie można zamówić sok z kokosa, lody, gotowaną kukurydzę. Godzina minęła nam bardzo szybko.

Rejs powrotny do portu

Po wejściu na statek, poczęstowano nas ciastkami. Wyspy stopniowo traciły swoje kolory. Gdy zbliżyliśmy się do stałego lądu, w oddali, jak za mgłą, widać było miasto Ha Long i diabelskie koło.

Gdy wpływaliśmy do portu ok. 17:00 robiło się szaro. Sklepy z pamiątkami i poczekalnia były zupełnie puste.

Zabraliśmy z autokaru swoje plecaki i wsiedliśmy do taksówki zamówionej przez naszego opiekuna i przewodnika wycieczki. Pojechaliśmy na nocleg do Ha Long.

Wycieczka i wszystkie punkty programu zostały zrealizowane zgodnie z planem, pogoda dopisała, a jedzenie na statku było smaczne. Czas minął bardzo szybko. Dzięki jaskini, pobycie na plaży, pływaniu bambusowymi łodziami, wycieczka miała dynamiczny charakter. Wydaje mi się, że samo pływanie statkiem ,byłoby nieco nudne, mimo bardzo ładnych widoków wokół. My mieliśmy dużo szczęścia,  nie było tłumów, gdyż nie wszystkie biura organizowały rejsy. Na pytanie czy warto płynąć na rejs po Ha Long Bay? Zdecydowanie TAK. No chyba, gdy lałby ulewny deszcz, w takim wypadku warto zastanowić się nad odpuszczeniem tej atrakcji. Kolejny wpis będzie o Górach Marmurowych. Zapraszam do czytania.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.